Rośliny

Helleborus niger, czyli Ciemiernik 'Christmas Carol'

Ciemiernik 'Christmas Carol', czyli urocza roślina z rodziny jaskrowatych, cieszy mnie w tym roku swoim kwitnieniem już od kilku tygodni. Teoretycznie jej termin kwitnienia przypada pomiędzy lutym a kwietniem, jednak przy sprzyjających temperaturach może zakwitnąć już w grudniu i tak też się stało.

Ciemiernik 'Christmas Carol' rośnie u mnie od kilku lat i co roku wydaje urocze biało-kremowe kwiaty, u swojej podstawy lekko zielonkawe. Lubi glebę gliniastą, stale wilgotną oraz stanowiska półcieniste i słoneczne. Bylina osiąga niewielką wysokość, około 30 cm, ma zimozielone liście, a średnica kwiatów nie przekracza 7-8cm. 

Mimo niepozornych rozmiarów, ciemiernik jest przepiękną, długo kwitnącą ozdobą wczesno-wiosennych ogrodów, a podczas kwitnienia w grudniu - przy sprzyjającej pogodzie - budzi niemały podziw wśród odwiedzających nas gości. Jak podają źródła, wczesne kwitnienie tych subtelnych roślin wydaje się wręcz szaleństwem, stąd przypuszczalnie nazwa kwiatów pochodzi od hebrajskiego słowa hellebar, czyli obłąkany.

Popatrzcie, jakie urocze ma kwiaty: 






Wrześniowe róże i podsumowanie sezonu 2013

Tegoroczne róże wywołują we mnie wiele mieszanych odczuć. Po łagodnej zimie nie straciłam żadnej z królewien, z czego byłam ogromnie zadowolona; zaprosiłam więc wiosną kilka upragnionych odmian by zamieszkały w moim ogrodzie. Wydawałoby się, że ten sezon będzie niezwykle udany, tymczasem podsumowanie lata wypada bardzo średnio: 1/3 róż kwitnie i zachowuje się znakomicie ciesząc wigorem oraz dobrym zdrowiem, 1/3 obecnie choruje, głównie na plamistość, 1/3 jest zdrowa, ale zakwitła przez całe lato raz albo w ogóle. 

Przyznam, że powyższy raport raczej napawa mnie smutkiem... wygląda bowiem na to, że częściowo mokra wiosna i późniejsze tropiki wyrządziły więcej szkód, niż poprzednie sezony, których 'pięknym latem' nie można było określić. Pierwszy rzut mszyc jeszcze na przełomie maja i czerwca szybko udało mi się pokonać, a kolejny pojawił się dopiero teraz, na szczęście tylko na wybranej grupie róż. W tym samym czasie walczyłam z bruzdownicą, z którą miałam po raz pierwszy do czynienia. Walkę wygrałam i wyciągnęłam wiele wniosków, ucząc się szybko rozpoznawać przeciwnika i wytaczać odpowiednie oręże. Teraz od dłuższego czasu męczę się bezskutecznie z plamistością róż. Niektóre z krzewów są już całkowicie ogołocone z liści, co mnie ogromnie frustruje, zwłaszcza w przypadku róż rosnących w przedogródku. Nie wspominam już o zielonych liszkach, które łapczywie obgryzają różane liście.

Wnioski nasuwają się same - od wczesnej wiosny należy stosować regularną profilaktykę w postaci oprysków na wszelkie możliwe choroby. Te dotknęły u mnie nawet róże z ADR. Żałuję, że do tego to zmierza, bo bardzo chciałabym podchodzić do otoczenia w sposób czysto ekologiczny i nie imać się chemii. Jak widać, w naszych warunkach klimatycznych trudno iść tym trendem, a z rozmów ze znajomymi uprawiającymi róże wynika, że wszędzie występuje ich duża podatność na choroby w tym sezonie.

Dziś pokażę wrześniowe róże, które sprawują mi się znakomicie. To nie jedyne królewny jakie chciałabym pochwalić, ponieważ nie wszystkie w tym momencie kwitną, ale jest ich na szczęście trochę:

Pastella

The Alnwick Rose

Nostalgie

Chopin

Leonardo da Vinci

Bonica'82

Sebastian Kneipp

Aspirin Rose

Cinderella

Chippendale

Souvenir de William Wood

L.D. Braithwaite

Papa Meilland

Larissa

Popis L.D. Braitwaite - ponad 30 kwiatów na krzewie



Ambrowiec amerykański (Liquidambar styraciflua)

Ambrowca amerykańskiego po raz pierwszy wypatrzyłam będąc w odwiedzinach u forumowej znajomej, Asi0809. Było to dość wysokie już drzewko pięknie wpasowane w przód eleganckiej rabaty, o zgrabnej koronie i zachwycających liściach. Na jego widok westchnęłam: „O, a co to za fantastyczny klon?”. W odpowiedzi zaskakująco usłyszałam jak bardzo się mylę – egzemplarz rosnący u Asi okazał się być ambrowcem amerykańskim.


Drzewko od pierwszego wejrzenia ujęło mnie swoim reprezentacyjnym pokrojem, ciekawą bruzdowaną korą i urodą liści, które do złudzenia przypominają te klonowe. Drzewo oglądałam w pełni lata, więc dopiero przed nim był jesienny spektakl przebarwiania się - wtedy zwracał uwagę seledynową, soczystą zielenią. W bliskim sąsiedztwie dostrzegłam miniaturę ambrowca, który jak się okazało, rozmnożył się za pomocą odrostu od korzenia rośliny matecznej. W tym miejscu moje oczy rozbłysły, gdy Asia ochoczo zaproponowała, że odrost będzie w najbliższym czasie mój ;-)

W międzyczasie przeczytałam w dostępnej literaturze, że ambrowiec to idealne drzewo na moje gleby: lubi stanowisko słoneczne, oraz podłoże gliniaste i wilgotne. To w sytuacji wysokich wód gruntowych występujących na naszych terenach  brzmiało dla mnie bardzo obiecująco. Ojczyzną ambrowca są Stany Zjednoczone, a w szczególności okolice Illinois, które znam bardzo dobrze. Klimat występujący w tym rejonie jest zbliżony do polskiego i strefy klimatycznej, w której położony jest mój ogród, zatem mogę być spokojna o kwestie związane z przemarzaniem. Oczywiście młode egzemplarze należy w pierwszych latach okrywać, ale w przypadku niewielkiego jeszcze drzewka nie stanowi to kłopotu.

Dzisiaj właśnie przyjechał do mnie wraz z moim miłym gościem mój ambrowiec amerykański :-) Z radością i niecierpliwością oczekuję na jego jesienną feerię barw, a już teraz cieszę się jego urodą i balsamicznym zapachem ambry. 




Rozplenica wschodnia i gipsówka pełna, czyli roślinne upominki od Justi

Ostatni piątek sierpnia spędziłam z pozoru bardzo intensywnie, a jednocześnie tak spokojnie, bezpiecznie i kojąco. Bowiem w odwiedziny do mnie i do mojego ogrodu przyjechała Justi, z którą spędziłam sporą część popołudnia, i to za sprawą jej obecności to popołudnie było tak wyjątkowe. Justi, dziękuję!


Mam nieodparte wrażenie, że spotkania ludzi, których łączy ta sama pasja przebiegają na zupełnie innym poziomie porozumienia, niż te "zwykłe", których doświadczamy na co dzień. To niesamowite, ale w zasadzie bez końca możemy rozmawiać o zainteresowaniach, które dzielimy, ale też o życiu i przeróżnych jego obszarach, bez zbędnego skrępowania czy niepotrzebnych konwenansów.

Ale do rzeczy. Justi przywiozła mi dziś dwie atrakcyjne i oryginalne dla mnie rośliny, którymi chciałabym Was zainteresować. Pierwsza z roślin to trawa ozdobna - rozplenica wschodnia (pennisetum orientale), a druga to gipsówka pełna. Obie rośliny mnie zachwyciły swoją niezwykłą delikatnością, dlatego z przyjemnością je Wam przedstawię. 

Rozplenica wschodnia to piórkówka o małych wymaganiach, odpowiedniej odporności na zimowe chłody, a przy tym ujmująca swoją urodą. Zakwita stosunkowo wcześnie jak na trawy, bo już w czerwcu i kwitnie do października. Kłosy rozplenicy wschodniej zachwycają swoją miękkością i delikatnością - wyglądają niczym długie bazie powiewające na wietrze i połyskujące w słońcu swoim różowawo-fioletowym zabarwieniem. Poprosiłam Justi od razu o dwie donice tej trawy, ponieważ wyjątkowo mi się spodobała w jej zielonym zakątku.










Gipsówka pełna to od dzisiaj nowość w moim ogrodzie. Dotychczas jako tło dla róż miałam posadzoną jedynie gipsówkę wiechowatą, o bardzo drobnych kwiatuszkach, sprawiających wrażenie mgiełki. Ta jest zupełnie inna zarówno w pokroju, jak i budowie liścia i kwiatów. Listki przypominają mi młode pędy astrów bylinowych, natomiast urocze białe kwiaty o średnicy około 1cm są również zbliżone urodą do marcinków, tylko w ich miniaturowej wersji. Gipsówka pełna to ponoć cenna bylina w ogrodzie - świetnie sprawuje się jako towarzystwo dla innych roślin, ale także samodzielne nasadzenie czy też wypełnienie pojemnika. Z pewnością ozdobi też wiele bukietów. Warto wspomnieć, że to bylina niewymagająca, lubiąca lekkie przepuszczalne gleby, świetnie znosząca suszę i lubiąca słoneczne stanowiska. 










Babcine astry bylinowe

Astry bylinowe czy jak kto woli marcinki... od niedawna moje ulubione byliny wczesnej jesieni... 
Kilka lat temu posadziłam od południowej strony jedną sadzonkę, która rozrosła się w sposób wręcz magiczny, tworząc dziś na rabacie prawdziwe poletko. Przeczytałam w jednym z artykułów o tych wdzięcznych roślinach, że 'asters' oznacza po łacinie 'gwiazda' - jakże adekwatna do urody marcinków nazwa. Właśnie teraz, czyli na przełomie lata i jesieni, zaczyna się ich królowanie.



Moje astry to niskie, około 20-sto centymetrowe byliny, których kwiaty wraz z łodyżkami zamierają na zimę, wczesną wiosną odradzając się od nowa. Posadziłam je w pobliżu płożących jałowców, które stanowią dla nich dodatkową osłonę zimą. Stanowisko wybrałam takie, jakie lubią najbardziej - czyli południowe, słoneczne. Wiosną podsypuję im dawkę nawozu długo działającego i regularnie podlewam, wydaje mi się jednak, że są na tyle bezproblemowe, że będą rosły zawsze i wszędzie, byleby im słońce przyświecało. Jestem też pod wrażeniem, jak łatwo marcinki się rozmnażają - ich kępy na tyle mocno się rozrastają, że co roku można je dzielić, tworząc dla siebie czy zaprzyjaźnionych ogrodników nowe sadzonki.
Kształt kwiatów jest bardzo prosty, dość płaski, zbliżony urodą do stokrotek. Można je śmiało określić jako charakterystyczne kwiaty rabat jakie pamiętamy z ogrodów naszych babć, jednak moim zdaniem są na tyle ponadczasowe, że mogą też dekorować ogrody o nowoczesnym charakterze, zwłaszcza w kompozycjach z trawami ozdobnymi.

Ogromnie lubię astry jako mocne akcenty w nasadzeniach donicowych. Czy to same, czy w towarzystwie innych roślin, pięknie i długo zdobią nasze tarasy czy wejścia do posesji. Osobiście staram się już teraz skompletować typowo jesienną roślinność w pojemnikach uzupełnioną dyniowymi dekoracjami oraz wieńcem na drzwiach z sezonowych kwiatów w atrakcyjnych kolorach. Są to właśnie opisywane dziś marcinki, w towarzystwie wrzosów, traw i rozchodników. 


















Klony - za co je kocham 


Pierwszą odmianą klonu, który zasadziłam w ogrodzie, był ‘Royal Red’. Dość wysoki, bo około 3-metrowy egzemplarz, ozdobił południowy róg naszego zielonego zakątka. Koronę miał jeszcze niewielką, ale jego ciemno-bordowe liście na tyle mocno mnie zauroczyły, że zaczęłam rozglądać się za kolejnymi drzewkami o tym charakterystycznym układzie liści.


Podczas obsadzania skarpy przy tarasie, ktoś wspomniał mi o klonach palmowych i ich niezwykłej urodzie. Zainteresowałam się nimi najpierw szperając w poszukiwaniu wiadomości w Internecie na ich temat, potem już na żywo szukałam ich w szkółkach. Dorodne egzemplarze rzadko można było jeszcze wówczas spotkać, a jeśli nawet, to kosztowały krocie. Zdecydowaliśmy się zatem na trzy maluchy, które posadziliśmy na usypanej tarasowej skarpie. Padło na popularną odmianę klona palmowego ‘Atropurpureum’. Maluszki szybko zaczęły nabierać ciała po pierwszej zimie, na czas której opatuliliśmy je solidną warstwą agrowłókniny. Z radością obserwowałam ich bordowe listki, które wraz z kolejnymi miesiącami zaczęły się mocniej czerwienić, by jesienią wręcz ogniście pobłyskiwać w słońcu.

Kolejne sezony mijały, a nasza ‘kolekcja’ klonów nie zwiększała się. Aż do sezonu 2012, kiedy to budując rabatę południową (tę za paleniskiem) zaprosiłam dwie nowe odmiany. Pierwsza miała za zadanie zamykać ramy rabaty, musiało być to zatem większe drzewko – wybór padł na odmianę ‘Red Sunset’, zachwalaną przez zaprzyjaźnionego szkółkarza jako wyjątkowa w kontekście jesiennego, adekwatnego do nazwy przebarwiania się. O dziwo, kupiony w kwietniu klon był seledynowo zielony w ubarwieniu liści i nic nie zapowiadało, żeby jego kolory miały być inne. Przekonałam się jednak, że szkółkarz wiedział co mówi – już pierwszej jesieni oszalałam na punkcie jego ognistej barwy!
Drugi z klonów, który trafił na tę rabatę, miał ją jedynie zdobić, nie zajmując zbyt wiele miejsca… Zdecydowałam się na uroczy, dość niski (około 1 metra), ale rozłożysty, klon 'Dissectum', o soczyście zielonych, postrzępionych listkach. Posadzony w kluczowym miejscu rabaty fantastycznie ją udekorował!

Jeszcze w tym samym sezonie koniecznością stało się obsadzenie dwóch luk w rabacie za oczkiem wodnym, z której wypadły dwa świerki syberyjskie. Potrzebowałam czegoś wysokiego, wąskiego w pokroju i wyróżniającego się kolorem spośród zieleni. Ten sam zaprzyjaźniony szkółkarz zwrócił moją uwagę na idealne w pokroju klony ‘Crimson Sentry’, które po krótkiej chwili zastanowienia, znalazły swoje miejsce w moim ogrodzie.
To niesamowite, jak szybko potrafię się zdecydować na kolejne klonowe drzewo – one są niezwykłe!

W tym roku nic nie wskazywało na kolejne zakupy, zwyczajnie ze względu na brak miejsca na rabatach. Aż do początku sierpnia, kiedy to okazało się, że fytoftoroza pozbawiła mnie dwóch okazałych roślin. Puste miejsca prosiły się o zapełnienie, a moje klonowe serce z szybszym biciem kierowało się do szkółek… W pierwszej z nich kupiłam swoje marzenie, czyli klon palmowy ‘Orange Dream’, o naturalnie uformowanej kulistej koronie. W drugiej moje oczy przyciągnął kolejny klon palmowy o nazwie ‘Phoenix’ – rzadko spotykany w szkółkach. Znowu, nie zastanawiałam się ani chwili dłużej i tak ten sezon dosadzania zamknęłam kolejnymi zakupionymi klonami. Wspaniale prezentują się w nowym miejscu.

Ponoć ogrodnicy dzielą się na bukowych i wierzbowych – ja zdecydowanie wyłamuję się z tego podziału. Jestem całym sercem klonową dziewczyną i jeśli jeszcze kiedyś będę stała przed podjęciem decyzji o zakupie liściaka, na 100% będzie to następny klon.
Co takiego mają w sobie te wspaniałe drzewa? Ano przede wszystkim czarują niezwykłą i bardzo różnorodną w zależności od odmiany urodą liści. Ich zdolności adaptacyjne w różnie usytuowanych ogrodach, różnych glebach i odmiennych stanowiskach robią wrażenie.
Przyznaję, że jestem dumna z faktu, że tak pięknie rosną w naszym ogrodzie klony palmowe… Te posadzone 6 lat temu jako 50-cio centymetrowe maluszki, osiągnęły już ponad 3 metry wysokości. Zeszłoroczny ‘Dissectum’ podwoił swój rozmiar wszerz (jest szczepiony). Odmiany takie jak ‘Royal Red’, ‘Red Sunset’ czy ‘Crimson Sentry’, mają ogromne roczne przyrosty, a ich liście zachwycają swoją niebanalną urodą. Nowe klony ‘Orange Dream’ i ‘Phoenix’ pięknie zaczynają się przebarwiać wraz ze schyłkiem lata.

Niezdecydowanym polecam zainteresowanie się dostępnymi odmianami klonów. Jest ich bardzo dużo i każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Nie bójmy się też klonów palmowych – te posadzone w miejscach zacisznych, odpowiednio pielęgnowane w pierwszych latach (okrywanie na zimę), świetnie dają sobie radę same w wyjątkowy sposób zdobiąc ogrody. 

Dissectum w ubiegłym roku, w tym jest dwa razy większy

Dissectum

Crimson Sentry między świerkami

Atropurpureum

Red Sunset

Crimson Sentry

Atropurpureum

Crimson Sentry

Red Sunset

Atropurpureum na skarpie

Po prawej Phoenix, po lewej Orange Dream

Atropurpureum
 
Phoenix
Orange Dream

Royal Red w samym rogu


Purpurowe róże - mon amour

Przygodę z różami zaczęłam trzy lata temu, podczas modernizacji jednej z rabat przy podjeździe do garażu. Posadziłam tam – jak okazało się później – bardzo zdrowe, wigorne i bezproblemowe królewny. To zachęciło mnie do zaproszenia do mojego ogrodu kolejnych róż, a wyjątkowym uczuciem obdarzyłam - ogólnie rzecz ujmując - róże purpurowe, o odcieniach od głębokiej maliny, przez głęboką czerwień, do buraczkowych.

Róże w moim sercu i ogrodzie zajmują szczególne miejsce. Posadzone są w kilku grupach po kilka, kilkanaście, w sumie licząc już sobie prawie 80 sztuk w kolekcji. Nie wszystkie sprawują mi się dobrze – niektóre mimo różnych zabiegów i oprysków uparcie łapią plamistość, która odbiera im urodę powodując też moją frustrację. Muszę jednak podkreślić, że róże purpurowe, na których dziś się skupiam, są na ogół bardzo zdrowe, budują ładne krzaki i przepięknie kwitną – niektóre z nich wydzielają też upajający zapach. W tym sezonie plamistość dotyczy jedynie dwóch róż z tej grupy, więc śmiało mogę określić je jako odporne na choroby, przemarzanie i wszelkiego rodzaju kłopoty. Moje purpury rosną w towarzystwie hortensji, bukszpanów, traw, cleome i naparstnic. W przyszłym roku zamierzam posadzić w ich pobliżu dużą ilość przetaczników, które wydają się idealnie podkreślać urodę róż. 

Poniżej purpurowe odmiany królewien, które rosną w moim ogrodzie.

Astrid Gräfin von Hardenberg
Munstead Wood
Rotkäppchen
Mr. Lincoln
Benjamin Britten
Red Leonardo da Vinci
Isabell Renaissance
Souvenir de William Wood
Papa Meilland
William Shakespeare 2000
Cardinal Hume
Young Lycidas
L.D. Braithwaite
Grand Award
Flammentanz

Nie opisuję szczegółowo każdej z odmian, ponieważ typowo różanych poradników - zdecydowanie bardziej fachowych niż moja wciąż laicka wiedza o różach - jest dużo. Tam znajdziecie wszystkie podstawowe informacje na temat hodowcy, wzrostu, pokroju pąka czy stref przemarzania. Jeśli jednak interesują Was właściwości konkretnej z wymienionych róż i moje z nią doświadczenia – proszę piszcie!








































Hibiscus bylinowy (hibiscus moscheutos)

Chciałabym Wam napisać kilka słów o moich doświadczeniach w uprawie  przepięknej rośliny – hibiscusa bylinowego – i zachęcić Was do zaproszenia tej niezwykłej byliny do Waszych ogrodów.

Tytułem wstępu warto podkreślić, że hibiskus bylinowy to nie jest popularna ketmia syryjska czy też uprawiana na naszych parapetach tzw. róża chińska. Wymieniona ketmia syryjska w odróżnieniu od hibiskusa bylinowego, jest zdecydowanie trudniejsza w uprawie ze względu na swoją wrażliwość na mrozy.

Hibiskus bylinowy, określany też jako ‘błotny’, rośnie w moim ogrodzie od ok. 5 lat. Posadziłam go w eksponowanym miejscu, przy furtce, zatem jego rola jest bardzo reprezentacyjna – ma witać moich gości już ‘w progu’ :) Roślina ta, o wyjątkowej urodzie i spektakularnych kwiatach, nauczyła mnie dużej ogrodniczej cierpliwości. Podczas gdy inne byliny po zimie już dawno wypuściły swoje zielone łodyżki, ta każe na siebie czekać bardzo długo. Mniej więcej w połowie maja dostrzegam dopiero pierwsze nieśmiałe czubki gałązek wyłaniających się z głębi ziemi. Hibiskus ten bowiem jesienią zasycha, a pędy ścina mu się na wysokości ok. 10-15cm, zasypując podstawę krzewu kilkoma garściami kory. Zatem startuje późno w maju, a zakwita dopiero w sierpniu, do tego czasu budując krzew o przeciętnej wysokości 1,5m.

Jakie są jego wymagania uprawowe i preferencje co do stanowiska?
Otóż, hibiskus bylinowy uwielbia gleby organiczne, wilgotne i dużą ilość słońca - w takich warunkach będzie najlepiej rósł i najpiękniej kwitł. Mój okaz posadzony jest od południowego wschodu i rzeczywiście  to stanowisko bardzo mu odpowiada. Nawożę go raz w sezonie, na początku jego sezonu wegetacyjnego, nawozem długo działającym.

Hibiskus bylinowy, jak już pisałam, zakwita mniej więcej w połowie sierpnia. Kwiaty rozwijają się z pąków, które tworzą się w zagłębieniach aksamitnych w dotyku liści. Pąków tych jest cała masa, zatem nie jest wadą nietrwałość kwiatu, którego żywotność wynosi zaledwie jeden dzień. Z kolejnych pąków rozwijają się następne kwiaty, które cieszą oczy aż do października. Warto podkreślić, że kwiaty hibiskusa to ogromne, lekko lejkowate płatki o średnicy do nawet 30cm. Występuje w różnych kolorach, ale najbardziej popularne to białe, jasno-różowe i malinowe.

Nie podejmowałam prób rozmnożenia hibiskusa, ale najprostszym ponoć sposobem jest pobranie sadzonek w czerwcu i ukorzenienie ich w torfie. Inny sposób to rozmnożenie przez nasiona.

Reasumując, hibiskus bylinowy to całkowicie niekłopotliwa w uprawie roślina, wprowadzająca jednocześnie do naszych ogrodów odrobinę egzotyki. 

Zapraszam do podzielenia się Waszymi doświadczeniami w uprawie tej byliny. 











 Żurawka czyli roślina, która nie lubi mojego ogrodu


O żurawkach wyjątkowo dużo się pisze i jeszcze chętniej je fotografuje, zachwalając nieograniczone możliwości kompozycyjne z samych żurawek, jak i najodpowiedniejszego dlań towarzystwa innych roślin. Przyznaję, że i mnie się te urocze małe damy podobają.


Problem jednak w tym, że żurawki absolutnie nie chcą rosnąć w moim ogrodzie. Prób podejmowałam kilka: sadziłam popularne odmiany i w słońcu i w cieniu, podsypywałam wiosną nawozem, zapewniałam wilgotność, wycinałam brzydsze listki i nic. W zasadzie wszystkie żurawki mi zamierają. 
O kępach pokazywanych chociażby w bardzo bogatym ilustrowanym spisie odmian , który znalazłam na zaprzyjaźnionym Forum Ogrodniczym Oaza, mogę tylko pomarzyć. Obwódki rabat z żurawek - to niestety nie dla mnie. 

Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego tak się dzieje? Mogę jedynie przypuszczać, że żurawki nie lubią ziemi gliniastej, zbyt zbitej, może takiej o wysokich wodach gruntowych, chociaż w opisach tego nie znajduję. Nie chciałabym jednak się poddawać, a frustrację przynajmniej uspokoić.

Eksperci, czy faktycznie jest tak jak przypuszczam? Co jest przyczyną moich niepowodzeń w uprawie tych urodziwych roślin?


Czas na wrzosy


Moje wrzosowisko jest dość skromne. W dwóch miejscach w ogrodzie i sezonowo w donicach rośnie w sumie trochę ponad 50 sadzonek, z czego lwia część sadzona była w ubiegłym sezonie, na tzw. rabacie leśnej. Krzewinki te są jednak na tyle atrakcyjne i pełne uroku, że wciąż myślę o poszerzeniu niewielkiej kolekcji, zwłaszcza że wybór odmian jest ogromny.

Czego do pełni szczęścia potrzebują wrzosy? Ano kluczowe jest podłoże i stanowisko, na którym je posadzimy. Jeśli masz nieco piaszczystą, przepuszczalną glebę i zapewnisz jej lekko kwaśny odczyn (chociażby miejscowo zaprawiając dołki torfem i ściółkując korą), a stanowisko jest słoneczne, możesz śmiało zaprosić wrzosy do swojego ogrodu. Zapewniając im odpowiednią ochronę zimą oraz niewielką ilość pielęgnacyjnych zabiegów wiosną takich jak cięcie i nawożenie, już wkrótce będziesz się cieszyć cudnymi kolorowymi dywanami krzewinek.

Wrzosy kupujemy zwykle już na początku sierpnia – to wtedy zaczynają otwierać swoje malutkie pączki kwiatowe, które kwitną najczęściej do pierwszych przymrozków. Wybierając  dla nich najkorzystniejsze względem słońca stanowisko, sadzimy w odpowiednio zaprawionym dołku, rozluźniając wcześniej glebę i uzupełniając ją torfem, na koniec ściółkujemy korą. Praktycznie do mrozów zapominamy o zabiegach pielęgnacyjnych, poza koniecznym, niezbyt obfitym podlewaniem. Pamiętajmy, że wrzosy nie lubią ani zbyt wilgotnych stanowisk ani przenawożenia, rosnąc w naturze na glebach stosunkowo ubogich w składniki pokarmowe.







Wraz z nadejściem zimy dobrze jest okryć wrzosowisko gałązkami świerkowymi, które chroniąc krzewinki przed mrozem, zapewnią im jednocześnie dostęp powietrza. Najlepszą ‘pierzynę’ dla wrzosów stanowi oczywiście grubsza pokrywa śniegu, ale zdarzają się przecież okresy mroźne i bezśnieżne.

Wiosną zdejmujemy z naszego wrzosowiska ochronę ze świerkowych gałęzi i czekamy, aż wrzosy nabiorą lekko zielonego zabarwienia na gałązkach i ustąpi ryzyko powrotu mrozów. Wówczas skracamy krzewinki odrobinę poniżej kwitnących jesienią kwiatów. Jeśli masz pojedyncze egzemplarze, do tego zabiegu wystarczy zwykły sekator; jeśli jednak Twoje wrzosowisko jest już obszerne, użyj większych nożyc ogrodniczych.

Osobiście nawożę wrzosy raz w sezonie, stosując długo działający nawóz jednego z kluczowych producentów. 

Wrzosy również fantastycznie sprawdzają się w donicach, są więc wspaniałą alternatywą dla właścicieli jedynie niewielkich tarasów zdobiąc je do późnej jesieni i będąc namiastką ogrodu.  











 Hortensje - królowe późnego lata


O hortensjach napisano już wiele – te królowe późnego lata wypełniają nasze ogrody, strony przeróżnych albumów, blogów jedynie im poświęconych, poradników ogrodniczych czy oferty szkółkarzy. Z pewnością nigdy dosyć mówienia o nich. 


Hortensje, bez względu na odmianę, to niezwykle efektowne krzewy. Jeśli przygotujesz im odpowiednie podłoże (żyzne, przepuszczalne, lekko kwaśne) i zapewnisz dostęp do wilgoci, sprawdzą się fantastycznie w każdym ogrodzie i będą cieszyć oczy atrakcyjnymi przez większość sezonu wegetacyjnego kwiatostanami – stożkowymi, płaskimi lub kulistymi.

W moim ogrodzie rosną trzy rodzaje hortensji: hydrangea macrophylla (tzw. hortensja ogrodowa), hydrangea paniculata (hortensja bukietowa) oraz hortensja pnąca. W sumie, zebrało się już około 40 krzewów, choć odmian jest tylko kilka – tych najbardziej ukochanych, do których należą wcześniej wspomniane hortensje bukietowe, na których dziś się skupię.

Dlaczego akurat te? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: hortensje bukietowe mogą rosnąć na każdym stanowisku (nawet na słońcu, pod warunkiem zapewnienia im odpowiedniego nawadniania), kwitną na tegorocznych pędach, kwiatostany są najczęściej spektakularne, zwykle stożkowe i pięknie przebarwiające się późnym latem, a pokrój krzewu wzniesiony i gęsty. To krzewy niekłopotliwe, rzadko zapadające na choroby.

Pielęgnacja ogranicza się do cięcia, nawożenia i podlewania. Cięcie hortensji bukietowych wykonujemy wiosną skracając gałązki nawet do trzeciego oczka nad ziemią. Warto podkreślić, że nawet te nie przycinane krzewy będą dobrze rosły, ale skracanie pędów wpłynie pozytywnie na wigorność i zagęszczanie się krzaków.
Hortensje nawozimy regularnie specjalnymi nawozami przeznaczonymi do tych roślin. Zwykle po raz pierwszy wiosną, potem już w okresie kwitnienia.
Podlewamy obficie, zwłaszcza w okresach dużych upałów.

Z wiedzy jaką zdobyłam wynika, że hortensje bukietowe można bardzo łatwo rozmnożyć przez tzw. odkłady. Boczną zwykle pokładającą się gałązkę przyginamy do ziemi, przysypujemy miejscowo ziemią przyciskając np. niewielkim kamieniem. Po niedługim czasie gałązka jest ukorzeniona i można ją odciąć od matczynego krzewu – w ten sposób zyskujemy gotową sadzonkę.

Przegląd moich hortensji bukietowych:

'Vanille Fraise'






'Silver Dollar'






'Limelight'




'Grandiflora'


'Phantom'


'Le Vasterival' ('Great Star')


'Pinky Winky'


'Tardiva'


'Pink Diamond'




 Moje trawy ozdobne


Przygodę z trawami ozdobnymi rozpoczęłam już podczas zakładania ogrodu i planowania pierwszych nasadzeń. Wówczas nie budziły we mnie szczególnych emocji - ot, wydawały mi się czymś naturalnym jedynie w otoczeniu oczka wodnego. Wybraliśmy zatem kilka sztuk najpopularniejszych miskantów, posadziliśmy nad wodą i zapomnieliśmy. Te parę kęp na krzyż zadowoliły nas na kilka lat, zwłaszcza że okazały się niemal samowystarczalnymi, zupełnie niekłopotliwymi w pielęgnacji roślinami. Pozostawione same sobie, regularnie ale delikatnie podlewane, cieszyły urodą przez cały sezon, a wczesną jesienią coraz ładniejszymi pióropuszami. 

Półtora roku temu zamarzyła mi się nowa rabata usytuowana na tyłach paleniska z granitową ławeczką, którego budowę rozpoczęliśmy. Komponując rośliny jakie miały się tam znaleźć, wybrałam się do jednej ze szkółek w poszukiwaniu odpowiednich gatunków. Rabata w zamyśle miała się składać z hortensji bukietowych, kilku drzewek i bylin. Mój wzrok przyciągnęła jednak piękna, niesamowicie rozrośnięta kępa traw, o oryginalnym poziomo paskowanym wzorze. Zapytałam właściciela o nazwę odmiany i usłyszałam w odpowiedzi 'miskant Giraffe, rośnie olbrzymi!'. 'No dobrze' - pomyślałam; jej imię było na tyle adekwatne do wyglądu i urody, że natychmiast zdecydowałam się na jej zakup. Wybrałam trzy relatywnie niewielkie objętością kępki i tak się zaczęło. 

Mój wzrok coraz częściej dostrzegał kolejne odmiany, aż wreszcie trafiłam do wspaniałego miejsca - Fabryki Traw - gdzie wybór był przeogromny, a właściciele mili, serdeczni i pomocni w wyborze. Otworzyli mi oczy na gatunki, których wcześniej nie znałam. Pokazali z jakimi roślinami - na przykładzie własnego ogrodu - trawy prezentują się najlepiej. Wskazali, że rabaty preriowe (o których na razie marzę) to wyraz elegancji i otwarcia na inne spojrzenie na ogród.

Od tamtego czasu regularnie dokupuję po kilka sztuk, sadząc w różnych miejscach na rabatach, a także w donicach otaczających taras. Teraz jestem o tym przekonana, że różnorodność gatunkowa traw ozdobnych pozwala na stworzenie niepowtarzalnych kompozycji, uzyskania piętrowych nasadzeń zmieniających ogród w zależności od pory roku, a zwłaszcza zdobiących go jesienią. Cudne wiechy, połyskujące, powiewające na wietrze i wspaniale oddające grę światła i cienia, ich kolory, subtelny pokrój, zatrzymywanie rosy jak diamentowych kropel - to wszystko powoduje, że trawy ozdobne chce się mieć, tak po prostu. Bez względu na aktualnie panującą ogrodową modę. To rośliny w mojej opinii absolutnie ponadczasowe, które z serca polecam. 

Moja kolekcja nie jest szczególnie rozbudowana, ale pokażę Wam kilkanaście trawiastych impresji.

Rozplenica 'Hameln':


 
Imperata 'Red Baron':


Turzyca 'Ice Dance':

Miskant 'Gracillimus':

Miskant 'Floridulus':

Ostnica:

Miskant 'Giraffe':





Rozplenica 'Rubrum':


Trzcinnik 'Overdam':


Miskant 'Zebrinus':

Turzyca 'Prairie Fire':

Turzyca 'Milk Chocolate':

Kłosówka miękka 'Jackdaw's Cream':

Miskant 'Sielberfeder':

Jakie trawy ozdobne Wy lubicie najbardziej? Jakie odmiany polecacie?


1 komentarz:

  1. Bardzo proszę o nieco informacji, jak zimują hortensje w Twoim ogrodzie. Czy wymagają jakiegoś szczególnego zabezpieczania?

    OdpowiedzUsuń

strzałka do góry